|
Ta wzruszająca historia o końskiej
wdzięczności, zamieszczona w marcowym numerze miesięcznika „Wróżka” z
2005 roku w ramach cyklu „Zdarzyło się naprawdę...”, jest dowodem na to,
że zwierzęta przeżywają tak samo jak my strach, cierpienie i ból, ale
także pamiętają doznane dobro. Mało tego, w przeciwieństwie do nas
ludzi, potrafią okazać wdzięczność. Przytaczam ją w całości zamiast
felietonu, dedykując tym wszystkim ludziom, którzy traktują zwierzę jak
rzecz.
„Jako młody chłopak chciałem
przeżyć niezwykłą przygodę i wyruszyłem ze znajomymi w Bieszczady.
Dostaliśmy pracę w stadninie. W zamian za nocleg i jedzenie mieliśmy
karmić i czyścić konie. To był mój pierwszy kontakt z tymi zwierzętami,
więc trochę się ich bałem. Nie dałem się namówić nawet na krótką jazdę
pod okiem instruktora, a każde wejście do boksu mocno mnie denerwowało.
Konie chyba to wyczuwały i nerwowo reagowały na moją obecność. Pewnego
dnia w stadninie wybuchł pożar. Udało się nam otworzyć boksy i zwierzęta
zdołały uciec. Gdy paliło się już na dobre, usłyszałem przeraźliwe
rżenie dochodzące z końca stajni. Przypomniałem sobie, że jeden z koni,
wyjątkowo narowisty, czasami dodatkowo był przywiązywany do żłobu.
Wbiegłem do środka i zobaczyłem go wśród płomieni. Nigdy nie widziałem
tak przerażonej istoty. Niewiele się namyślając skoczyłem pod
wierzgające kopyta i odwiązałem rozszalałe zwierzę. Koń ocalał. Niedługo
potem skończyły się wakacje i wyjechaliśmy ze stadniny. Po roku wróciłem
w to samo miejsce. Po tamtej przygodzie oswoiłem się już z końmi i nie
bałem się już na nich jeździć. Tylko ten uratowany z pożaru nie
pozwalał się nikomu do siebie zbliżyć. Nikt już na nim nie jeździł,
całymi dniami pasł się dziko na łące. Niedaleko pastwiska był głęboki
staw. Koledzy często się w nim kąpali, ale ja nie umiałem pływać.
Któregoś dnia wybrałem się samotnie na spacer. Podszedłem za blisko do
stawu i ziemia na jego brzegu usunęła mi się spod stóp. Wpadłem do wody
i zacząłem tonąć. Wiedziałem, że nie ma nikogo w pobliżu, ale mimo to
krzyczałem wniebogłosy. Kiedy wydawało się, że nie mam już szans,
zobaczyłem konia , który galopuje w kierunku stawu. Podpłynął do mnie, a
ja ostatkiem sił uczepiłem się jego szyi i w ten sposób wydostaliśmy się
na brzeg. Uratował mi życie tak, jak ja jemu przed rokiem. Nadal
pozostał dziki i niedostępny, ale gdy patrzyłem mu w oczy, przysiągłbym,
że widziałem w nich wdzięczność.
Kazimierz z Poznania”
Czy do tej historii potrzebny jest komentarz ? Kiedy
zaczniemy rozumieć, że nasi bracia mniejsi to żywe, czujące istoty? |